Zapowiadane z niesamowitym rozmachem. Pierwsze w historii. Miało być jako to wyjątkowe, dające nam Polakom wiele to zrozumienia. Miało nas przestrzec przed polityką kryzysową rządu, pokazać gołe fakty i nieudolność ekipy Donalda Tuska.
Niestety jak to w życiu bywa - "miało być", a "było" robi wielką rożnicę. Wczoraj zapowiedziano, że prezydent RP Lech Kaczyński wygłosi dzisiaj w Sejmie orędzie dotyczące kryzysu finansowego jaki zaczyna zbliżać się do Polski. Tak się jednak nie stało, a dlaczego? Otóż Jarosław, brat Lecha z rodziny Kaczyńskich wykorzystał fakt, że jest bratem bliźniakiem prezydenta i pojawił się za niego na wystąpieniu. Lech pozostał w Pałacu. Jarek, nie zwarzając na nic kilka minut po 10 rozpoczął wiec wyborczy swojej partii. Bo jak można wytłumaczyć dzisiejszą postawę Pana prezydenta podczas orędzia? Jak wytłumaczyć fakt, że wykształcony człowiek, z wieloletnim doświadczeniem w polityce i w wystąpieniach musi posiadać wcześniej przygotowany tekst przed oczami? Tak, tak mówię przed oczami, ponieważ wysokość mównicy nie pozwala mieć kartki pod oczami, przynajmniej u niektórych (czyt. jednego) polityków. Człowiek, który stwierdził, że ma dużo do powiedzenia o aktualnej sytuacji gospodarczej Polski musi czytać z kartki skoro wie co chce powiedzieć? Siedziałem słuchałem, śmiałem się i płakałem jednocześnie. Ciągłe pomyłki w przemówieniu, wpadki, niezrozumiałe słowa - do tego przyzwyczaił już nas Pan prezydent, ale to co dzisiaj było nie do przyjęcia. Wyglądało to tak jakby widział ten tekst po raz pierwszy. Wszystko jednak na to wskazuje, bo jak można odmówić pomocy bratu? I to bliźniaczemu? Każde słowo przeczytane przez Pana prezydenta było tylko i wyłącznie kampanią wyborczą prawa i sprawiedliwości. Jak niby można porównywać sytuację gospodarczą z czasów PiSu z tą aktualną, kryzysową. jak i po co? Skoro prezydent jest, a przynajmniej powinien być obiektywny to po co takie nawiązywania? Zamaist pomóc, natchnąć naród pozytywnymi emocjami, nadzieją - jak to powinno być w orędziu, on psuje i zniechęca.
Na szczęście w moim przypadku zniechęca tylko do siebie.
Autorem publikacji jest Przemek Bicki


